sobota, 14 marca 2015
Pierwsza wyprawa bynajmniej nie w nieznane
Wczesne dzieciństwo pamiętam jedynie z kilku, drobnych z resztą,
epizodów. Wyścig Pokoju oglądany spod koca w pokoju, kilka scen z obozu
harcerskiego na którym mój ojciec był instruktorem, a matka "pigułą" no i
tryumfalny pierwszy dzień w przedszkolu. Zaznaczyć jednak muszę, że
tryumfalny to on był dla mnie, a nie dla przedszkolanek, które mało co
osiwiały jak im się w połowie dnia urwałem do domu. Dom bowiem był
niedaleko, a ja jako bystre dziecko, drogę z punktu A (czyli
przedszkola), do punktu B (czyli domu) znałem na pamięć. Cóż zatem
łatwiejszego niż wyjść drzwiami głównymi w chwili gdy reszta dzieci
wychodziła bocznymi na plac zabaw. Wróciłem do domu zadowolony szokując i
matkę, i babcię. Panie z placu zabaw wróciły zapewne mniej zadowolone
nie mogąc się doliczyć dzieci, a jeszcze mniej zadowolone były dnia
następnego, gdy to moja rodzicielka z hukiem wpadła do dyrektorki
mówiąc, bez ogłady, co sądzi o takim pilnowaniu jej pierworodnego...
Panie wzięły się widać ostro do pracy, bo drugi raz taki manewr mi się
niestety nie udał, ale zanim skończyłem przedszkole przynajmniej jeszcze
raz mocno je zadziwiłem. Będzie o tym za czas jakiś.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz